ARCHIWUM FESTIWALU - 2007 r.
 
EDYCJA 2013 ARCHWIUM BIURO FESTIWALU
2007
 
wybierz edycję festiwalu:
 
 

 

 

Wspomnienia muzyczne (nie)trwałe

Jestem przekonany, że wyraźne ślady na widzach i uczestnikach pozostawił festiwal, jaki odbył się na początku listopada w: „El Jazzie” (jeden koncert – na inaugurację – 8 listopada) i „Kawiarni Artystycznej „Węgliszek” (dwa następne 9 i 10 listopada). Tak jak na jazzowym festiwalu, na „Bydgoskim Festiwalu Bluesowym” (o rok od jazzowego starszym, czyli szóstym), wystąpiło osiem tzw. „podmiotów wykonawczych”. Imprezę rozpoczęła bydgoska grupa „Index Blues”, stylistycznie nawiązująca do blues-rocka z przełomu lat 60 i 70, prowadzona przez Piotra Kałdowskiego, który stawiał pierwsze kroki w „Beanusie” (pamięta ktoś ten legendarny klub, ówczesnej „Wyższej Szkoły Pedagogicznej”?). Po niej z estrady „El Jazzu” popłynęły dźwięki radosnego bluesa, zmieszanego z odrobiną jazzu i brazylijskiej samby (oczywiście w bluesowej konwencji). Taką muzykę zaproponował zespół, który parę lat temu wymyślił Jacek Herzberg, bydgoski gitarzysta, kompozytor, animator, organizator i twórca imprez, miłośnik bluesa, poszukujący ciekawego repertuaru i składu do autorskich projektów muzycznych. Tegoroczny występ „Doktora Bluesa” (tak się ten zespół nazywa) był moim zdaniem najbardziej udany z tych, jakie dotąd widziałem, a przypomnę, że zespół Herzberga zagrał rok temu na V bluesowym festiwalu w klubie „Dyrekcja” , w którym rok temu się odbywał. Wspaniałe dialogi dwóch gitarzystów (Jacka Herzberga i Pawła Tomaszewskiego, który jeszcze obsługiwał banjo i kazoo a także śpiewał), solowe popisy na altówce Waldka Knade, perkusisty Karola Szymanowskiego, harmonijkarza – Bogdana Rypiny oraz solidna gra nowego nabytku w zespole, basisty – Fabiana Kowalczyka sprawiły, że czas wypełniony miłymi dla ucha dźwiękami szybko mijał. Podobnie zresztą było podczas koncertu ostatniego dnia, drugiej formacji Jacka Herzberga – grupy „Green Grass”, która przedstawiła fragmenty swej ostatniej płyty „Blues dla Majki”, nagranej półtora roku w Polskim Radiu PiK. Tak jak wtedy i tym razem muzyków zespołu „Green Grass” wspomogli: Andrzej Przybielski (tp) i Wacek Węgrzyn (voc).

Na „VI Bydgoskim Festiwalu Bluesowym” warte odnotowania były występy wszystkich uczestników, choć najjaśniejszymi momentami festiwalu były koncerty tria „Easy Rider” (dnia pierwszego), Marka Wojtowicza (drugiego) oraz zespołu „Boogie Chilli” (na koniec festiwalu). Najbardziej mnie zaskoczyła gra Andrzeja Wodzińskiego, znakomitego gitarzysty operującego techniką „slide”, czyli „ślizgową”. Andrzeja, i zespół „Easy Rider” słyszałem wcześniej wiele razy, podziwiałem technikę gitarową Andrzeja, świetną sekcję rytmiczną oraz kunszt tworzenia świetnych harmonii i utkanych z zaskakujących dźwięków melodii, to jednak czego byłem świadkiem na festiwalu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Andrzej Wodziński grał na festiwalu jak natchniony, wkładając całą duszę w tematy, które znane są każdemu, ale sposób w jaki je podał w „El Jazzie” zaskoczył niejednego. W rękach Andrzeja gitara łkała i śpiewała, tak jak przed laty łkał i śpiewał instrument sławnego Jimi’ego Hendrixa. Jimi od 40 lat uważany jest za „herosa” gitary, o Wodzińskim jeszcze nikt tak nie powiedział – a z pewnością powinien. Nic dziwnego, że niektórym na usta aż cisnęło się przysłowie „cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Drugim mistrzem gitary na tegorocznym festiwalu okazał się Waldek Baranowski, muzyk szczecińskiego zespołu „After Blues”, który pojawił się już na bydgoskiej imprezie bodaj 3 lata temu, tyle że wtedy jako duet, akompaniujący nieodżałowanej Mirze Kubasińskiej. Tym razem „After Blues” jako trio (do Waldka Baranowskiego i Leszka Piłata (gb,voc) dołączył perkusista – Darek Kamiński) przedstawił program autorski, oparty na swoich płytach, w tym także najnowszej oraz kilku „coverach” z repertuaru Johna Mayalla i Tadeusza Nalepy, z którym przed laty współpracował. I choć w „Węgliszku” elektryczny blues brzmiał bardzo donośnie, dzięki akustykowi bydgoskiej imprezy, plany dźwiękowe i instrumenty były czytelne. Drugi dzień „VI Bydgoskiego Festiwalu Bluesowego” był zresztą najbardziej atrakcyjny, nie tylko z uwagi na występ „After Bluesa”, lecz przede wszystkim z powodu Marka Wojtowicza, wielkiego fana i znawcy akustycznej odmiany gatunku z „czarnego” Południa USA, doskonałego gitarzysty, śpiewającego i atrakcyjnie umiejącego opowiadać o tym co śpiewa. Jest Marek w swych poglądach dość kontrowersyjny, postrzegany jako „ortodoks”, tym niemniej jego występ na festiwalu zasługiwał na uwagę i to zarówno ze strony początkujących fanów jak i znających się na bluesie dogłębnie.

Pora teraz na kilka słów o ostatniej atrakcji muzycznej, wieńczącej „VI Bydgoski Festiwal Bluesowy”, czyli o występie poznańskiego zespołu „Boogie Chilli”. Dwóch gitarzystów, w tym jeden śpiewający, harmonijkarz, basista i perkusista tworzą grupę, jakiej dotąd w Bydgoszczy nie słyszano, i jakiej nie oglądano. Bo „Boogie Chilli” trzeba widzieć i słyszeć na żywo, dopiero wtedy właściwie odbiera się przekaz, trochę „brudny” (co jest zaplanowane i wkalkulowane w styl), niesamowicie energetyczny, który rozsadza muzyków, publiczność, a może też - jeśli budowniczy nie przewidzieli takiego huraganu dźwięków, rytmów i emanującej z estrady energii - rozsadzić salę. Na szczęście „Węgliszkowi” nic się nie stało, za to widzowie długo będą wspominać te kilkadziesiąt minut „jazdy na maksa” (to określenie powinienem był przywołać także przy koncercie Miśkiewicza w „El Jazzie” na omówionym wyżej festiwalu jazzowym, bo to też była „jazda na maksa”).

I można jedynie żałować, że bydgoskie festiwale, tak udane i tak potrzebne (oba – jazzowy i bluesowy), zostawią swój ślad, choć to także bardzo ważne, tylko na duszy, w sercu i w pamięci. I jeśli zawiodą te „organy” za parę lat, wiedzę o najjaśniejszych punktach programów będzie się posiadać tylko na podstawie także tych zapisanych w „BIK’u” opinii obserwatorów. A przecież żyjemy w czasach, w których rejestracja a także wydanie, i to już na następny dzień, kroniki festiwalu jest całkiem realne. Potrzeba no to więcej pieniędzy (a ich zawsze brakuje) – to prawda, może jednak warto spróbować i przygotowując następne edycje obu festiwali podjąć odpowiednie decyzje? Tak czy inaczej, marzy mi się, że już za rok – po „VI Bydgoszcz Jazz Festiwalu” i „VII Bydgoskim Festiwalu Bluesowym” taki trwały ślad w postaci „dźwiękowej korniki” - pozostanie.

Zdzisław Pająk